Polska, będąc krajem sukcesu i liderem światowym w zakresie zobowiązań wynikających z protokołu z Kioto, zamiast wykorzystać ten fakt i rozwijać się gospodarczo, zaprzepaszcza swoje możliwości, blokuje polski węgiel jako bazę energetyczną i uzależnia się od zewnętrznych dostaw energii. Ewidentny sukces gospodarczy zamieniany jest w klęskę, a klęska w sukces medialny.
5 kwietnia tygodnik „Newsweek” zamieścił artykuł „Przegrana bitwa o ekokasę”, w którym oskarżono ministra środowiska o zaprzepaszczenie szansy na sprzedaż, po atrakcyjnych cenach, jednostek redukcji emisji CO2 do atmosfery. Prawie w tym samym czasie media doniosły, że premier rządu RP jest mocno zainteresowany przyszłym szczytem konwencji klimatycznej ONZ (COP15) w Kopenhadze. Planuje, wspólnie z prezydentem USA, walczyć o węgiel jako główną bazę energetyczną zarówno Polski, jak i Stanów Zjednoczonych. Te dwie informacje mogą budzić zdumienie. Czy obecni prominenci życia politycznego wiedzą, czym jest konwencja klimatyczna i protokół z Kioto? Czy zdają sobie sprawę, że Polska ratyfikowała te dokumenty, a rząd Donalda Tuska, od momentu objęcia władzy, uczestniczy w negocjacjach i ponosi odpowiedzialność za podjęte decyzje? Czy rząd pamięta, że wiele rozstrzygnięć zapadło w momencie wejścia Polski w struktury UE? Warto też odwołać się do ustaleń 14. Konferencji Stron Konwencji Klimatycznej w Poznaniu (grudzień 2008 r.) i odbywającego się równocześnie szczytu państw UE w Brukseli, gdzie zatwierdzono podstawowe zasady pakietu klimatyczno-energetycznego.

Niewykorzystana szansa
Polska jako jedno z niewielu państw (stron) konwencji klimatycznej wypełnia jej postanowienia i z nawiązką spełnia zobowiązania wynikające z protokołu z Kioto. Miała obniżyć emisję dwutlenku węgla o 6 procent w stosunku do roku 1988, a dokonała redukcji na poziomie 32 procent. Daje to ponad 500 milionów ton CO2 do dyspozycji Polski w okresie rozliczeniowym 2008-2012. Limit ten mogliśmy powiększyć, nawet o kilkadziesiąt milionów ton rocznie, włączając w rozliczenie zobowiązań redukcyjnych pochłanianie dwutlenku węgla przez lasy. Tę wielką ilość ton mogliśmy zużyć na wzrost produkcji przemysłowej, zapraszając do inwestowania kontrahentów zagranicznych. Mogliśmy oczywiście również sprzedać nadwyżki CO2 na rynku międzynarodowym tym państwom, które nie spełniają warunków protokołu z Kioto. Szczególną wartość stanowił limit wynikający z pochłaniania dwutlenku węgla przez lasy, gdyż zgodnie z protokołem z Kioto pieniądze uzyskane ze sprzedaży tych jednostek mogły być zużytkowane głównie na rozwój zielonych inwestycji na terenach wiejskich. To była wielka szansa dla wsi. W Polsce mamy ponad 2 miliony hektarów ubogich gleb, niegwarantujących obecnie opłacalności produkcji rolnej. Według specjalistów, każdy hektar takiej gleby jest w stanie pochłonąć po zalesieniu średnio około 10-12 ton dwutlenku węgla na rok przez okres 100 lat. Tona pochłoniętego dwutlenku węgla to określona suma pieniędzy, liczona najczęściej jako koszt inwestycji mający na celu obniżenie emisji właśnie o jedną tonę. Ocenia się, że uprawa leśna o powierzchni 10 ha mogłaby być podstawą utrzymania jednej rodziny, gwarantując jej godną egzystencję. Zalesianie ubogich gleb rolnych stworzyłoby więc stanowiska pracy, zmniejszając bezrobocie, chroniłoby i podnosiło jakość naszych zasobów przyrodniczych, pomnażając równocześnie odnawialne zasoby energetyczne w postaci drewna.
Byliśmy wręcz w idealnej sytuacji w Unii Europejskiej. My mieliśmy poważne nadwyżki redukcji jednostek emisji, a stara Piętnastka odwrotnie – duży niedobór. Stara Piętnastka Unii Europejskiej, rozliczająca się wspólnie, nie spełnia bowiem warunków protokołu z Kioto. Dopiero w ostatnich latach uzyskała redukcję na poziomie około 1 proc., przy zobowiązaniach do obniżki o 8 procent. Powinna więc ponieść konsekwencje finansowe w latach 2008-2012 za brak redukcji w wysokości ponad 1 mld ton CO2. Przestrzegając zapisów protokołu z Kioto, stara Piętnastka musiałaby zapłacić karę lub też starać się kupić te limity, między innymi od Polski. Sytuacja była tym bardziej korzystna, że na początku XXI wieku kraje starej Piętnastki włączyły się w światową kampanię medialną na rzecz redukcji emisji gazów cieplarnianych do atmosfery, deklarując, że UE chce być liderem tych działań. W tym czasie Polska miała nadwyżkę 500 mln ton CO2, które w zależności od potrzeb mogliśmy zużyć na wzrost produkcji w kraju lub też sprzedać za granicą. Oczywiście decyzja co do sposobu zagospodarowania tej nadwyżki powinna być podjęta na podstawie dokładnych analiz gospodarczych.
Walka ze zmianami klimatu czy też próba eliminacji polskiego węgla
Polskie osiągnięcia w ramach realizacji zobowiązań wynikających z konwencji klimatycznej i protokołu z Kioto dawały szansę rozwoju gospodarczego naszego państwa. Niestety, szansy tej nie wykorzystaliśmy. Ustawą z 22 grudnia 2004 roku o handlu uprawnieniami do emisji zaakceptowaliśmy dyrektywę Parlamentu Europejskiego i Rady nr 2003/87/WE z 13 października 2003 r. ustanawiającą w ramach „ratowania klimatu” europejski system handlu uprawnieniami do emisji gazów cieplarnianych. W ustawie tej zobowiązaliśmy się do przyjęcia wewnętrznego wspólnotowego systemu handlu emisjami w układzie sektorowym (energia elektryczna, ciepłownictwo, produkcja stali, cementu, szkła, papieru itp.), gdzie limity emisji przydziela Komisja Europejska. Zobowiązaliśmy się również, że we wspólnotowym (unijnym) systemie handlu emisjami nie będziemy uwzględniali redukcji jednostek emisji wygospodarowanych w ramach pochłaniania dwutlenku węgla przez lasy.
Na skutki tej decyzji nie trzeba było długo czekać. Na okres 2008-2012 Komisja przydzieliła Polsce limit tak mały, że chcąc produkować, musimy dokupić limity emisji od innych państw UE. Mówiąc obrazowo, posiadając 500 mln ton nadwyżki redukcji dwutlenku węgla w ramach protokołu z Kioto w latach 2008-2012, chcąc produkować w tym okresie energię elektryczną, ciepło, stal, cement, papier lub szkło, mamy tylko jedno wyjście – musimy dokupić miliony ton limitu emisji wewnątrz UE. Oczywiście, musi to odbić się na wzroście cen w Polsce, za co zapłaci każdy z nas. Paradoksalnie limity dokupić możemy właśnie od starej Piętnastki, która wprawdzie nie wywiązała się ze swoich zobowiązań, ale w tych sektorach, których dotyczy unijny handel emisjami, rezerwy takie można łatwo tam wypracować. Uwidacznia się tu z jednej strony hipokryzja Komisji Europejskiej, a z drugiej dziwna uległość bądź też indolencja polskich elit rządzących. Okazuje się, że w UE dla „ratowania klimatu” nie liczą się setki milionów ton niewykonanej redukcji przez starą Piętnastkę. Nie liczą się także setki milionów ton dokonanej redukcji przez Polskę. Dla „ratowania klimatu” liczy się natomiast kilkanaście czy też kilkadziesiąt milionów ton, które Polska musi dokupić na produkcję w wymienionych sektorach. Bazą energetyczną dla tych ważnych sektorów gospodarczych w Polsce jest – stosunkowo wysoko emisyjny pod względem CO2 – węgiel kamienny. Krajowe zapasy tego nośnika energii są tak wielkie, że mogą służyć przez setki lat nie tylko Polsce, ale i całej UE. Można więc postawić tezę, że to nie walka z klimatem, ale z polskim węglem, i próba uzależnienia energetycznego naszej gospodarki od zewnętrznych dostaw energii jest głównym celem UE. Przyjmując ustawę o handlu emisjami, uniemożliwiliśmy więc wykorzystanie uzyskanej redukcji emisji dla wzrostu produkcji w kraju, zrezygnowaliśmy z możliwości wykorzystania pochłaniania dwutlenku węgla przez lasy dla rozwoju terenów wiejskich, pozostawiając sobie jedynie ewentualnie możliwość prymitywnego sprzedania uzyskanej redukcji na rynku państw aneksu I, ale spoza UE. Niestety, cena jednej tony dwutlenku węgla jest w tym wypadku kilka lub też kilkunastokrotnie niższa niż w systemie unijnym.
Zmiany tej niekorzystnej dla Polski sytuacji zostały podjęte w Ministerstwie Środowiska za rządów PiS w latach 2005-2007. W strategię działania włączono zmianę istniejącego prawa i zorganizowanie 14. konferencji stron Konwencji Klimatycznej ONZ w grudniu 2008 roku w Poznaniu. Projekt nowej ustawy o nazwie „o instrumentach wspomagających redukcję emisji do powietrza gazów cieplarnianych i innych substancji” doprowadzono do pierwszego czytania w Sejmie.
Sukces czy klęska
Prace nad nową ustawą wstrzymano po objęciu rządów przez PO – PSL. Nowy rząd przestał także interesować się konferencją w Poznaniu. Uznał, że rolą Polski jest jedynie logistyka, a więc zapewnienie miejsc hotelowych, transportu, sal do obrad itp. Zamiast podkreślać polskie osiągnięcia, rząd zaczął realizować politykę pustosłowia o zmianach klimatu. Za największy sukces okrzyknięto wynegocjowany pakiet klimatyczno-energetyczny, stanowiący, że poszczególne państwa UE mają dokonać redukcji emisji do roku 2020 na poziomie 20 proc. w odniesieniu nie do roku bazowego z protokołu z Kioto, a do roku 2005. Mówiąc krótko, „sukcesem” tego rządu jest to, że Polska ma dokonać redukcji emisji CO2 na poziomie 52 proc., ponosząc ogromne koszty, a państwa starej Piętnastki w tym samym czasie na poziome 21 proc., nie wywiązując się z zobowiązań protokołu z Kioto i nie ponosząc za to żadnej odpowiedzialności. Można więc stwierdzić, że pakiet klimatyczno-energetyczny stanowi kontynuację pomysłów zawartych w ustawie o handlu emisjami z roku 2004. Pikanterii tej sprawie dodaje fakt, że za tę operację Polska nie dostanie 60 mld zł, jak wszem oświadczono, ale będzie mogła zapłacić 60 mld zł z własnego budżetu, o ile wygospodaruje te pieniądze.
O tym, że wynegocjowanemu pakietowi przyświeca nie tyle „walka o klimat”, co interesy i próba uzależniania energetycznego jednych państw od drugich, wydaje się świadczyć lansowana w nim metoda CCS (wychwytywanie i składowanie węgla w pokładach geologicznych). Bez żadnych wiarygodnych analiz ekonomiczno-gospodarczych, za wielkie pieniądze pochodzące w większości z budżetu krajowego, mamy wychwytywać dwutlenek węgla i magazynować go w naszych pokładach geologicznych. Można przypuszczać, że celem CCS jest blokowanie polskich złóż energetycznych, łącznie z geotermią, i hamowanie czystych technologii spalania. Mówiąc krótko, to niszczenie bezpieczeństwa energetycznego kraju i uzależnianie gospodarcze od innych państw UE.
Gdyby bowiem rzeczywistym celem CCS było jedynie wychwytywanie dwutlenku węgla, to zdecydowanie łatwiej, taniej, szybciej i efektywniej można to osiągnąć, sadząc chociażby lasy.
Powracam do dwóch wymienionych na wstępie informacji, a więc o stracie szans na sprzedaż jednostek redukcji po atrakcyjnych cenach oraz tego, że premier rządu RP jest mocno zainteresowany przyszłym szczytem Konwencji Klimatycznej ONZ (COP15) i planuje tam walczyć o węgiel jako główną bazę energetyczną zarówno Polski, jak i USA. Możliwości dobrej sprzedaży zostały zaprzepaszczone wynegocjowaną, a następnie przyjętą ustawą o handlu emisjami w roku 2004, a polski węgiel został praktycznie już sprzedany pakietem klimatyczno-energetycznym. Pozostaje cieszyć się, że pan premier pomyślał o węglu i mam nadzieję, że nie jest to chwyt wyborczy. Istnieją jeszcze szanse obrony, ale trzeba rozpocząć negocjacje na bazie znajomości i stanu państwa i podpisanych porozumień międzynarodowych. Pragnę w tym miejscu jedynie przypomnieć, że wyśmienitą okazją obrony polskiego węgla była 14. Konferencja Stron Konwencji Klimatycznej w Poznaniu. Wydawało mi się, że to wielkie przedsięwzięcie organizacyjne podjęte było właśnie dlatego, aby na najwyższym forum międzynarodowym sprzedać polskie osiągnięcia i upomnieć się o swoje prawa, w tym i o polski węgiel. Niestety, nie spełniono tych oczekiwań. Sam fakt, że 12 grudnia 2008 roku podczas posiedzenia Komitetu Wysokiego Szczebla 14. Konferencji Stron Konwencji Klimatycznej w Poznaniu, gromadzącego głowy delegacji (prezydentów, premierów i ministrów) prawie 200 państw pan premier był nieobecny i uczestniczył w szczycie europejskim w Brukseli, „negocjując” pakiet klimatyczno-energetyczny, wydaje się świadczyć, że szef rządu albo nie jest świadom tego, czym był szczyt konwencji w Poznaniu, albo przedkłada wyjazdy zagraniczne nad przyjmowanie gości we własnym kraju.
Prof. Jan Szyszko

Prof. dr hab. Jan Szyszko – poseł na Sejm RP (PiS), kierownik Samodzielnej Pracowni Oceny i Wyceny Zasobów Przyrodniczych SGGW, prezes Stowarzyszenia na rzecz Zrównoważonego Rozwoju Polski, minister ochrony środowiska, zasobów naturalnych i leśnictwa w rządzie AWS – UW, minister środowiska w rządzie PiS, pełnomocnik rządu ds. Konwencji Klimatycznej ONZ w latach 1999-2001, prezydent 5. Konferencji Stron Konwencji Klimatycznej w latach 1999-2000.

Artykuł opublikowany w Naszym Dzienniku nr 100 (3421) 29 kwietnia 2009 roku